Najbardziej interesuje mnie człowiek i jego wnętrze, dusza, którą staram się ukazać w swoich obrazach. Pragnę by moja twórczość żyła. To starałam się uchwycić dzięki swoim pracom w ostatnich trzech latach mojej drogi artystycznej zarówno w problematyce filozoficznej, jak i w stylu, czyli formie malarskiej. Odnosi się to zarówno do samych portretów wyrażających ludzką osobowość, jak i do pejzażu i martwej natury, gdzie właśnie odbiorcy pozostawiam swobodę wyboru mojego przekazu.

Moim motywem w malarstwie było i jest: „Inaczej się widzi, inaczej maluje. Malujcie, odbierajcie tak jak czujecie”. Można stwierdzić, iż tezę tę głosili wcześniej impresjoniści, którzy uważali, że barwy to podstawowe i komplementarne malarskie kompendium. Obraz powstaje gdy się nań patrzy. Swoimi słowami jak to ująć: patrzę na odczucia kolorystyczne powiązane ze świadomością obiektu. Lekcje pokory odbywam sama. Oko oglądającego uzupełnia pracę artysty. Niezrozumienie takiego malarstwa może więc wynikać z sytuacji, która spotkała znanych malarzy już na pierwszej wystawie, a także wizje ekspresjonistyczne - obrzucane kamykami przez dzieci, którzy musieliby oszaleć albo prześcignąć sztukę. W każdym malarstwie sprawdzić się mogą właśnie obydwie te hipotezy. Wszystko to ułatwiło mi stosowanie technik związanych z formą, kolorem i kształtem, a nie czysto pojmowanym realizmem. Pracę każdego malarza kształtuje tradycja, a w moim przypadku kierunki, które wykształciły się także w XX wieku, o których nie wspomnę. Tyle, co do otoczki intelektualnej dotyczącej mojego malarstwa. Reszta należy do obserwatora. To On oceni co odczuwa oglądając moje prace, które podlegają ciągłej ewolucji i dysocjacji. Jeśli widać w tym jakieś nawiązania do sztuki malarskiej, to należy pamiętać, że ostatnie słowa Picassa brzmiały: „Modigliani.” W malarstwie jest chyba podobnie jak w literaturze: „Być może wszystko już było”...